|
Po sobotnim meczu wspomnień w Miechowie z funkcji prezesa Pogoni
zrezygnował Mariusz Malicki. Ze swojej funkcji zrezygnował również trener pierwszej drużyny Marcin Dudziński.
Mariusz Malicki:
- Decyzja ta nie przyszła mi
łatwo z tego względu, że z Pogonią związany jestem od 20 lat. Najpierw
jako zawodnik, później jako trener drużyny juniorów, a przez ostatnie
półtora roku jako prezes. Główną przyczyną mojej rezygnacji jest
atmosfera wokół klubu, którą psują byli działacze Pogoni. W ostatnim
czasie padłem ofiarą wielu oszczerstw i pomówień. Ponadto w nieczystą
grę próbuje się wciągnąć władze miasta, na co ja jako pracownik Urzędu
Gminy i Miasta nie mogę sobie pozwolić. Jestem zażenowany poziomem
dyskusji ze swoimi oponentami, którzy nie potrafili rozmawiać na
argumenty. Klub zostawiam w dobrej kondycji finansowej. Do podpisania
czekają kolejne dwie umowy sponsorskie.
- Przez ostatnie półtora
roku moim priorytetem była praca z młodzieżą. Na sezon 2011/2012
zgłoszonych zostało 7 drużyn, w tym jedna nowa - juniorzy młodsi. Moją
wielką prośbą do moich następców jest to, aby nie zaprzepaścili tego co
udało się odbudować mojemu poprzednikowi i mnie. Pod względem pracy z
młodzieżą dorównujemy największym klubom w Małopolsce. Ta praca powoli
przynosi efekty w postaci wielu wychowanków, którzy grają już w drużynie
seniorów, a którzy przeszli w klubie wszystkie kategorie wiekowe. Niech
przestrogą w budowaniu pierwszej drużyny będą Proszowice, Niedźwiedź i
Zabierzów.
- Na koniec chciałem podziękować wszystkim swoim
współpracownikom i zawodnikom. Przede wszystkim dziękuje Marcinowi
Dudzińskiemu i Zbigniewowi Piwowarskiemu, którzy wspierali mnie przez
cały okres naszej współpracy. Zawodnikom życzę, aby po mnie byli lepsi.
- W najbliższym czasie ogłoszony zostanie termin Walnego Zebrania Członków.
Marcin Dudziński:
- Od pewnego czasu atmosfera wokół klubu i drużyny gęstniała, stawała
się coraz bardziej nieprzyjemna. Wyszedłem więc z propozycją do prezesa
Mariusza Malickiego, żeby dla dobra miechowskiej piłki siąść i
porozmawiać z byłymi działaczami, określić wspólnie cel, wspólnymi
siłami doprowadzić do wzmocnienia zespołu tak, by móc się cieszyć z gry i
awansować. Niestety, nie udało się z nimi porozumieć ani prezesowi, ani
mnie. Ciągle były jakieś animozje, nawet burmistrz, który był chwilę na
sobotnim meczu wspomnień odczuł tę ciężką atmosferę, którą - uważam -
mógłby rozładować wynik sportowy.
- Decyzja o rezygnacji nie
zrodziła się nagle. Dojrzewałem do niej długo. Pierwsi dowiedzieli się o
niej zawodnicy, w szatni, po sobotnim meczu wspomnień.
- Przez
pierwsze pół roku mojej pracy, gdy jeszcze graliśmy w okręgówce,
pracowało się super. Na treningach miałem ponad dwudziestu zawodników.
Przed każdym meczem wywieszałem kartkę z nazwiskami 18-osobowej kadry, a
tym, którzy się w niej nie znaleźli musiałem tłumaczyć powody. Byłem
naprawdę zbudowany postawą zawodników, grając swoimi zdobyliśmy aż 29
punktów. Niestety, ludzki błąd okazał się brzemienny w skutkach,
straciliśmy trzy punkty walkowerem i niespodziewanie spadliśmy z ligi.
Do utrzymania wystarczał nam tylko punkt więcej, który mogliśmy zdobyć w
paru meczach, ale pechowo nie zdobyliśmy.
- Po spadku duch w
drużynie przygasł. Nie było już tej motywacji czy mobilizacji.
Przekonałem zawodników, żebyśmy spróbowali wrócić do okręgówki, ale
okazało się, że nie jesteśmy wystarczająco mocni personalnie. Jesień w A
klasie była w naszym wykonaniu słaba, to wtedy przegraliśmy awans.
Wiosna była już lepsza, bo trochę się wzmocniliśmy, ale nie na tyle, by
odrobić straty. Poza tym na treningi przychodziło znacznie mniej
zawodników, często tylko po siedmiu, ośmiu, dziesięciu. Przy takiej
ilości nie ma mowy o jakiejś pracy merytorycznej z zespołem, a ten
zespół tylko pracą mógł coś osiągnąć.
- Mimo to i tak
poprawiliśmy zdecydowanie organizację gry, drużyna już wiedziała jak się
bronić, jak zaatakować. Niektóre nasze mecze były naprawdę bardzo
fajne, tym lepsze, im silniejszy przeciwnik. Bardzo dobrze graliśmy w
Pucharze Polski, chwalił nas trener Clepardii, nie byliśmy gorsi od tej
drużyny, choć była przecież w czołówce wyższej ligi.
- Niektórzy
mieli do mnie pretensje, że jestem zbyt blisko z zawodnikami. Ale
partnerstwo to nie to samo co koleżeństwo. Trener może wiele zawodnikom
pomóc, korzyść jest wówczas obopólna. Bardzo dużo więc z nimi
rozmawiałem, tłumaczyłem. Gdybym, zamiast tego, miał tylko kij i bat, to
ligę chyba sam bym kończył. Ale i tak pod koniec ciężko było sklecić
jedenastkę na mecz. A na naprawdę bardzo fajnie przygotowane zakończenie
sezonu przyszło raptem jedenastu zawodników. Inni mieli gdzieś zarząd,
trenera, kolegów z zespołu. To mi dawało do myślenia. Na mecz wspomnień
też zebrała się tylko jedenastka, w tym kilku juniorów. To już był
ostateczny sygnał, że moja decyzja o rezygnacji jest nieodzowna, że
trzeba dać szansę innemu trenerowi. Za wynik w minionym sezonie
oczywiście biorę odpowiedzialność na siebie, bo na pewno nie spełnił on
oczekiwań kibiców.
- Zarządowi chciałbym na koniec podziękować, że mi zaufał. To była moja pierwsza praca w roli trenera w seniorskiej piłce.
-
Co dalej? Mam dopiero 34 lata i doświadczenie wyniesione z gry w
ekstraklasie w barwach Cracovii i Górnika Zabrze, a także z występów w
Kolejarzu Stróże czy Przeboju Wolbrom. Chciałbym więc jeszcze trochę
pograć. Fizycznie czuję się bardzo dobrze. Mam nadzieję, że dostanę
jakąś ciekawą ofertę, jako zawodnik, czy jako grający trener...
Źródło: www.sportowetempo.pl
|